treść artykułu
Powidz, czwartek 7.06, pierwsze pływanko
komentarze: 4 | dodaj komentarz
08.06.2007 - 10:35
Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na nadchodzący czerwcowy długi weekend, a szczególnie na czwartek, na który prognozy były bardzo obiecujące miało wiać około 18-20 km/h. Dla większości z nas to pierwsze pływanie w tym roku na Powidzkim, mekce wielkopolskich windsurferów, inni po prostu zaplanowali sobie rozpoczęcie sezonu w tym terminie.
Jeziorko od rana wyglądało nieco spokojnie, na cyplu walczyło kilku ambitnych. Plaża wypełniona wylegiwującymi się na słoneczku ludźmi. Na polu namiotowym stacjonowała ekipa FUNSPORTU z charakterystycznym Vanem. Na głównej rozbijało się kilku fumfli z pełną gotowością do zejścia. My też w sumie szybka rozbitka i rekreacyjnie na wodę. Ale po chwili to rekreacyjne pływanie zamieniło się w bardziej wyczynowe i mój 8,4 całkiem nieźle sobie radził. Niestety były to tylko chwilowe porywy. Wypuściłem się dość daleko w głąb jeziorka, aby poszukać północno-zachodnich podmuchów. Było średnio.
Dopiero koło 14.00 zrobiły się konkretne waruny i wtedy też w mgnieniu oka zjechała się masa surferów z całej okolicy, którzy porzucili świąteczne zajęcia i ruszyli nad jeziorko. Momentalnie zrobił się ruch na zejściu i chwilami nawet ciężko było wystartować z plaży, ale z niecierpliwością każdy oczekiwał na swoją kolej :) Koło 15.00 nadciągnęły także posiłki z Gniezna w osobach Bogdana i Piotra. Dla nich także to pierwsze pływanie w tym sezonie na powidzkim. Ja jednak do tego czasu będąc od 12 zdążyłem się trochę pokatować z czego chłopaki nie byli zadowoleni, szczególnie Bogdan od którego dostałem bure „że nie dałem cynka”. Spoko to już się więcej nie powtórzy.

Koło 16 wiało troszku na przesmyku momentami nawet dość konkretnie pokusiłbym się nawet o zapowiadane 18-20 km/h. Wtedy się działo ślizgacze wchodziły dość niesamowite jak na początek sezonu więc jazda była przednia, a usta same rwały się w okrzyku radości. Jednak najwięcej frajdy mieli kolesie na rejsowych żagielkach i formułach. Z żalem patrzyliśmy jak latają w tą i z powrotem podczas gdy my średnio na 7,5-8,5 musieliśmy momentami z uporem pompować. O 17 się uspokoiło chociaż chłopaki zapewniali, że dopiero o 18 mają przyjść największe wichury. Ja jednak byłem tak skatowany, po 6 godzinach na wodzie, że marzyłem już o wyciągnięciu kości na leżaczku. Zbieraliśmy się powoli, kilku jeszcze walczyło, ale to już chyba był koniec na czwartek. Podsumowując wypad naprawdę bogaty, bez żadnych większych ekscesów, dzień zaliczony do udanych i oby więcej takich w Powidzu. Kolejne dni długiego weekendu nie zapowiadają się niestety tak uroczo więc pozostaje nadzieja…


komentarze
matheo to był spontan wszyscy za bardzo byli podpaleni
nie było czasu na eski
mi też nie daliście znać że pływacie... tacy koledzy...
pytanie czy do końca długiego weekendu będzie okazja jeszcze pośmigać
No No Racco ale sie postarałeś
pozdrawaim













